![]() |
|
2010 |
I ja tam byłem, miód i wino piłem… Jeśli ktoś się wybiera na peruwiańskie wesele to mogę zupełnie za darmochę udzielić mu bezcennej rady: „Przed wyjściem z domu nażryj się jak świnia”. Co większym głodomorom doradzałabym też zabranie ze sobą tradycyjnego polskiego zestawu typu kanapki z serem i magazynek przeraźliwie woniejących jaj na twardo. Podziękowania i błogosławieństwa za tę radę przyjmuję zaocznie. Ta bezcenna wiedza wynikająca z wielogodzinnej głodówki, mają swoje źródło w niegdysiejszej pracy na Pirwowej recepcji, kiedy pomagałam Mirian tłumaczyć pewną kartkę od jej narzeczonego z Kanady. Narzeczony ma poczucie humoru z elementami ironii i sarkazmu. Peruwiańczycy, jak wszyscy Latinos, z zasady za ironię i sarkazm obrażają się śmiertelnie. Więc trochę się napracowałam by wytłumaczyć koleżance z pracy, że narzeczony jest git i nie należy go rzucać. W nagrodę za te wysiłki pół roku później zostałam zaproszona na wesele. W dniu ślubu, bladym świtem, Mirian obudziła mnie rozpaczliwym telefonem, że godzina zaślubin została zmieniona i musimy koniecznie się stawić godzinę wcześniej niż na zaproszeniu. Spędziłam w strefie Latino dość czasu by wiedzieć, że NIGDY i NIGDZIE nie należy przychodzić punktualnie (no chyba, że się umawiam z Enrique, ale jego ojciec jest wojskowym i to chłopaka skrzywiło na całe życie), ale naiwnie założyłam, że ślub to taka bardziej wyjątkowa okazja i może wszystko zacznie się o czasie. Przez pół godziny siedziałyśmy z Kaśką na schodach pod kościołem, budząc pełne politowania spojrzenia naszymi godnymi wesela strojami, w których wyglądałyśmy cokolwiek idiotycznie w dziennym świetle i pośrodku placu pełnego hipisujących artesanios i bekpakerow. Do tego Chewie dostała tego dnia jakiejś ohydnej infekcji organizmu i wykazywała się żywotnością i rezolutnością zombie, którego IQ jeszcze przed zgonem nie wynosiło więcej niż waga przeciętnie zapasionego kota kastrata. Po pół godzinie pojawiła się skromna liczebnie ekipa wyelegantowanych gringo, których trafnie wyceniłyśmy na przybyłą z Kanady rodzinę narzeczonego. Po godzinie pojawiło się kilku tubylczych gości. Po półtorej godzinie panna młoda. Po niecałych dwóch godzinach zaczęła się msza. W trakcie mszy powoli spływała reszta gości. Nikt nie wydawał się być ani zdziwiony ani zakłopotany spóźnieniami. Po mszy, w czasie której ksiądz rozwodził się nad miłością młodych oraz własną, nędzną znajomością angielskiego (która i tak była o kant dupy potłuc bo starsze pokolenie gringos było z Quebeku i po angielsku prawie nie mówiło) byłam już wściekle głodna i nie mogłam się doczekać, kiedy ruszymy na weselisko. Niestety trzeba było oklaskiwać serię pamiątkowych zdjęć i całkiem ładnie przygrywających grajków. Przez jakieś pół godziny, które się dłużyło jak dwie, bo było już w huj zimno jako że w czasie mszy zaszło słońce. Razem ze mną trzęsły się wszystkie Peruwianki w rozgogolonych kreacjach i gołych nogach, godnych nieco większych upałów niż mas o menos +10C. W końcu Sashenka i Maribel wciągnęły nas do taksówki i pojechałyśmy do domu weselnego. Tam czekałyśmy jakieś półtorej godziny na parę młodą, która zgodnie z Cusceńskim zwyczajem objechała wszystkie możliwe atrakcje turystyczne w mieście w celu zrobienia sobie przy nich pamiątkowych fotek. Przez te półtorej godziny przez salę przemknął kelner z tacą pełną mikroskopijnych przekąsek takich na pół małego palca, której każdy gość miał sobie wziąć po jednej. Humory poprawiły nam się dopiero jak roznieśli po szklaneczce Pisco Sour. Co prawda na każdym stole stało wino i rum Jamajka (bosman Nowicki byłby przeszczęśliwy) ale nikt się nie spieszył z ich otwarciem, a ja przyrzekłam sobie, że nie narobię obciachu Mirian, zwłaszcza, że poza maleńką reprezentacją z Kanady byłyśmy jedynymi gringas, więc siłą rzeczy jedną z głównych atrakcji wesela. Z równie wielkim trudem powstrzymałam się przed uszczknięciem z wielkiego tortu w kształcie Ameryki Południowej. A szkoda, bo gdzieś w pierwszej godzinie oczekiwania na parę młodą, z wieży tortu samoistnie zjebały się figurki imitujące nowożeńców, akurat tak nieszczęśliwe by upierdolić kawałek kontynentu. Kiedy para młoda w końcu zjechała na salony, naiwnie liczyłyśmy, że wreszcie podadzą żarcie. Ponieważ od śniadania nic nie jadłam, więc prawie rzygałam z głodu. Niestety okazało się, że na peruwiańskim weselu zamiast jeść się przemawia. Dżyzusie, przez jakieś 2 czy 3 godziny po kolei wszyscy członkowie rodziny opowiadali jak są szczęśliwi i zaszczyceni, wielu roniło łzy, wszyscy byli wściekle przejęci i przez pierwsze 30 minut całkiem szczerze się uśmiechałam życzliwie i klaskałam. Przez następne 4x30 minut chciało mi się wyć. Po przemówieniach nadszedł czas na składanie życzeń. Wszyscy goście ustawili się w kolejce do głównego stołu, gdzie stała para młoda wraz całą bliską rodziną, czyli każdy z gości składał życzenia kilkunastu osobom. Gości była jakaś stówka. Tak, dobrze państwo liczą, życzenia trwały zajebiście długo. Po życzeniach nadszedł czas… Nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na rzucanie bukietu, a raczej jakiegoś zastępczego wiechcia, ponieważ bukiet wybitnej urody Mirian rozsądnie postanowiła zatrzymać. Razem z laskami udawałyśmy przy stole, że nas nie ma, ale panna młoda radośnie nas wywołała po imionach przez mikrofon, więc karnie udałyśmy się do grupki dziewcząt oczekujących na bukiet. To trochę trwało, bo wiecheć był za lekki i Mirian nie udawało się go dorzucić. Za to jak dorzuciła to prosto w moje ciasno założone ramiona, od których szczęśliwie bukiet się odbił i poleciał w bardziej zainteresowane ręce. Po rzucaniu wiechcia nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na występy artystyczne. Występy zostały przyjęte życzliwie, choć dla Cuscenos czyli 95% gości musiała to być nuda ohydna, jako że tańce były lokalne i każdy z gości ćwiczył takie w szkole. Mnie tam się podobało, choć podkreślmy byłam bardzo głodna. Po występach nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Czas nadszedł na tańce. Wszyscy jak jeden mąż rzucili się na parkiet i wtedy się prawie rozpłakałam uświadamiając sobie, że zaraz umrę z głodu. Tak rozochocony tłum na polskich weselach to widuje się po trzech daniach głównych i co najmniej butelce na głowę. Peruanos są zdecydowanie bardziej ekonomicznymi gośćmi i jedyne osoby, które narzekały na burczenie w żołądkach to Rzynka i ja. Po tańcach.. szczerze mówiąc to ja chwilowo nie bardzo pamiętam co się stało po tańcach. Może przemawiali, a może znowu były występy. A może to właśnie wtedy wniesiono danie… Danie bardzo lokalne, na które składała się kawałek wieprzowiny, odrobinka ryżu oraz papka kukurydziana w liściu. Ponieważ od kilkunastu lat mięsiwa nie spożywam więc prawie podcięłam sobie żyły, po czym wyciągnęłam Chewie no 1 za fraki do taksówki (Rzynka je mięcho ale jakoś się w ogóle nie opierała) i grubo po północy zrobiłyśmy sobie na chacie kolację. I jaki z tego morał? Nie chodź na polskie wesela bo się dorobisz zgagi od przeżarcia. rudawazji 2010-02-07 18:24:16 skomentuj (1) Bienvenidos a Cancun, el mas feo lugar en todo el Mundo! Jak głupim i chciwym trzeba było być by zbudować coś tak obrzydliwego jak Cancun? Jak kompletnym tandeciarzem i bezguściem trzeba być, by się tym betonowym królestwem zachwycać? Takie retoryczne pytania sobie zadaję od kilku godzin i pewnie będę przez najbliższe dwa tygodnie. Podejrzewam, że kiedyś to było jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Jak odwrócić głowę od blokowiska to serce zamiera z zachwytu nad miękkością i oślepiającą białością piasku i takim błękitem morza, który widziałam kiedyś na basenie z mega wypasionymi kafelkami i nie sądziłam, że jest możliwy w naturze. Plaża jest szeroka i ciągnie się na kilometry. Tylko, że zamiast być obramowaną palmami to na całej długości jest najeżona hotelami. Nie małymi, butikowymi, wystylizowanymi hotelikami, czy uroczymi chatkami z bambusa pokrytymi rustykalną strzechą. Nie. To gigantyczne konglomeraty, betonowe paskudztwa, w każdym po tysiąc pokoi, w co drugim po kilkanaście pięter. Do tego centra handlowe napierdalające głośną muzę i jeszcze głośniejsze pikania maszyn hazardowych. Zona Hotelera w Cancun to najohydniejsze miejsce w jakim byłam. Centrum Cancun, gdzie jest trochę tańszych hoteli dla białej hołoty jak ja, oraz gdzie jest trochę przestrzeni, mercada i domy lokalesów, da się jeszcze znieść, ale też bez żadnych rewelacji. Za to najdziwniejsze jest to, że w tym koncentracie wszystkiego co najgorsze w turystyce, ludność tubylcza jest zaskakująco przemiła i naturalna. Jasne, że są też tłumy naganiaczy wszelakich, jasne, że śrubuje się ceny dla gringo, ale jak zacząć z nimi gadać to okazują się być przemili, pomocni i UWAGA – bezinteresowni! Acz może być, że tylko po hiszpańsku. To widać w ich oczach kiedy po kilku słowach orientują się, że na pewno nie jestem ze Stanów. W Peru nikt się specjalnie nie zachwyca tym, że mówisz po hiszpańsku. Tam mówisz po hiszpańsku bo musisz. A tutaj nic nie musisz, w Cancun po angielsku mówi każdy. Tutaj po hiszpańsku mówisz bo chcesz i oni to doceniają. A najzabawniejsze jest to, że Meksykanie rozumieją mnie dużo lepiej niż Peruwiańczycy! I to, hi hi, chyba będzie epitafium podsumowujące starania Młodego bym mówiła po hiszpańsku jak verdadera Peruana… rudawazji 2010-01-29 05:53:58 skomentuj (1) Powodzie w okolicach Cusco - POMÓŻCIE!
Gwoli formalności, bo wiem, że niektórzy się o mnie martwią.
Dziś nie padało w Cusco, mam ogromną nadzieję, że ten stan się utrzyma. Długo. rudawazji 2010-01-28 04:49:12 skomentuj (0) Co miało być i będzie lub nie będzie
O powrocie do Cusco i wpływie niedoboru tlenu na miłość, której przez chwilę nie było.
Ale życie w Cusco jest tak intensywne i zwariowane, że jakoś ciągle brakuje czasu by którąś z tych notek napisać. Więc tymczasem, żeby nie było, że ostatnia notka w tym roku jest z początku listopada, tą listą braków żegnam się z Wami na rok 2009. Życzę Wam byście się bawili w noc sylwestrową równie dobrze, co ja rok temu i tego samego życzę sobie. Co się pewnie spełni, bo przecież znowu spędzam Sylwka w Cusco. I kto by wtedy pomyślał… rudawazji 2009-12-31 01:59:30 skomentuj (3) la vida es bonita. otra vez. Kilkanaście godzin w dwóch samolotach i życie jest znowu bez żadnych wątpliwości proste i piękne. Z Chewie no1 padłyśmy sobie w ramiona w tym samym miejscu, w którym żegnałyśmy się prawie pięć miesięcy temu. Ona wyglądała jak kloszard a ja jak klaun. I wtedy i teraz. Nie ma jak wyjechać z Europy i mieć wywalone na prezencję. Quique, właściciel naszego ulubionego w Limie, choć wybitnie ofluńskiego hostelu prawie zszedł na zawał na nasz widok i z tej radości od trzech dni nie daje rady naprawić prysznica. Chodzę półprzytomna od imprezowania i jet lagu, ale czego oczekiwać jeśli chodzę spać o godzinie która jeszcze kilka dni temu była dla mnie 13ą. Po raz trzeci w Limie, ale dopiero teraz dotarłam na Barranco, bo przecież ta dzielnica jest taaaak daleeeeko od Miraflores;). Barranco wygląda jak miasteczko w Brazylii, absolutnie najładniejsza i najciekawsza część Limy jaką znam. A i tak następnym razem pewnie znowu wylądujemy u Quique. Pierwszego dnia, z okazji urodzin Katarzyny załapałyśmy się na ceviche przyrządzone przez znajomych instruktorów serfa pośrodku kamienistej plaży. Drugiego dnia poszłyśmy na całość i samodzielnie zrobiłyśmy cały gar i prawie samodzielnie go wszamałyśmy. Było genialne więc zaraz robimy powtórkę z rozrywki. Ciekawe po ilu miesiącach znudziłoby mi się odżywianie codziennie surową rybką w przyprawionym na ostro limonowym soku. Moje myśli i uczucia są sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy salsę, ceviche oraz dylemat, z którym z dwóch zapoznanych w tych dniach amantów chcę się umówić na ostatni w Limie wieczór. W Timbalero, THE place for salsa in Lima, najpierw przeżyłyśmy ciężkie chwile spławiając namolną kolejkę kolesi, którzy nie wiadomo czy gorzej tańczyli, czy wyglądali czy śmierdzieli, a później dostałyśmy princess treatment, kiedy w końcu skumałyśmy że nasze miejsce jest w części dla Vipów. Nagle wszyscy mężczyźni i dobrze tańczyli i wyglądali i pachnieli. I jeszcze uważali nas za boginie, co doprowadzało do szału niektóre bez porównania lepiej od nas wyglądające lokaleski. Gdyby miały mniej mordercze spojrzenia to może życzliwie bym im doradziła wyjazd do Europy, gdzie to one z kolei miałyby status bogiń, a tak wrednie udawałam, że te hołdy są dla mnie czymś zupełnie normalnym;). W każdym razie lepiej byśmy się szybko stąd zawinęły, zanim nam się do końca w różnych częściach ciała poprzewraca. W Cusco, gdzie czeka już na nas praca w nowym hostelu, próżno szukać mężczyzn tak przystojnych, wysokich i traktujących gringas z taką atencją i szacunkiem. Nawet limeños jak zjadą do stolicy Inków, w większości zmieniają się w natarczywych łowców białych skór, a rozwydrzeni ciągłą dostawą młodych holenderek na wolontariatach konusowaci i brzydcy jak grzech cusceños nadają się tylko i wyłącznie na kumpli i partnerów do tańca. Co w sumie wystarcza;). rudawazji 2009-11-07 22:14:36 skomentuj (8) Niezobowiązująca i niepełna lista strat i nieszczęść.
rudawazji 2009-10-30 01:48:45 skomentuj (8) życie jest po to by go używać
Rozwiązaniem tych dylematów okazał się być, a jakże, bilet do Limy. Więc dlaczego jeszcze raz Ameryka Południowa a nie jeszcze raz Azja? Może bo… Bo jedna Kaśka wyniosła się z BKK do Londynu, za to druga czeka w Cusco. Bo mniej lub bardziej chwilowo jestem na etapie gdzie salsa liczy się bardziej niż medytacje. Bo po raz pierwszy w życiu rozumiem wszystkie teksty Manu Chao (chyba, że popełnił jakieś w innym języku niż angielski, hiszpański, francuski i portugalski) i fajnie by było ten stan nie tylko utrzymać, ale i ulepszyć. Bo na moim brytyjskim zesłaniu nauczyłam się gotować zajebisty dhal i red curry i najadłam się ich w takich ilościach, że jakoś przeżyję kolejny rok o ryżu ze smażonym jajkiem. I ryżu z fasolką. I ryżu z frytkami. I ryżu z zimną wysmażoną na podeszwę rybką. I ryżu…, ok, wystarczy, bo zaraz zmienię bilet. Bo mówiłam ‘do zobaczenia za rok, może za dwa’ zupełnie w to nie wierząc, więc aż się prosi by przewrotnie wrócić po kilku miesiącach i sprawdzić czy było za czym tak tęsknić. A przede wszystkim, bo plany są po to by je zmieniać, a życie by go używać. rudawazji 2009-10-19 22:02:56 skomentuj (7) Przejazdem w Trójce
Równie cierpliwie czekam aż kawalkada samochodów przejedzie obryzgując mnie świeżym błotem, po czym gdy niebezpieczeństwo rozjechania mnie na naleśnik mija, dzielnie wkraczam na zebrę. Jakiś tam surwajwal po Indiach człowiekowi we krwi zostaje i nawet kilka miesięcy pobytu w kraju gdzie kierowcy potrafią z piskiem opon stanąć na widok pieszego, który leniwie zaledwie zbliża się do przejścia (nie jeden raz zdarzyło mi się zatamować ruch w Anglii bo na przykład sobie zmieniałam numery w ajpodzie w okolicach zebry. Albo odczytywałam smsa.), nie pozbawiło mnie instynktu samozachowawczego. Czekając na wspomnianą SKMkę zabawiam się obserwowaniem towarzyszy niedoli (niedoli bo z zakosa napieprza grad. Dwa wieczory wcześniej bujałam się nocą po Lądku w cienkiej bluzie. Tydzień wcześniej chodziłam w klapkach). Próbuję znaleźć osobę, która miałaby na sobie ciuch w innym kolorze niż: szary, czarny, granatowy lub bury. Po dłuższym czasie znajduję. Jedną, jedyną. Aha, to ja. Wieczorem podłączam lapa do prądu bez przejścia na trzy bolce, pałaszuję kromkę razowego ze słonecznikiem zagryzając ogórkiem małosolnym i cieszę się, że znowu jestem w Polsce. Fakt, że na chwilę i fakt, że z tego też się cieszę, ale mimo wszystko. rudawazji 2009-10-19 22:00:21 skomentuj (0) dwa pytania za sto punktow
rudawazji 2009-09-30 23:01:29 skomentuj (4) ogloszenia drobne Uprzejmie zawiadamia się, że po prawicy została dokonana istotna zmiana;). Jej treść znajduje się pod tytułem „Pajączku to specjalnie dla Ciebie”. :) rudawazji 2009-08-25 00:06:54 skomentuj (3) |
Felwakacje czyli drugim głosem zdjęcia Ogłoszenia drobne PRZEWODNIK PO BLOGU RUDAWAZJI równie chaotyczny co sam blog Pajączku to specjalnie dla Ciebie! czyli cos tu wreszcie jest;) odwiedzam palce lizac przepisy na najlepsze nalewki swiata. i na zarcie jak komus sie chce gotowac Hannah to przez nia kilka lat temu na Goa wydalam majatek na dwie kiecki Wago saudade Cichy NAJLEPSZY SALON MASAZU W WARSZAWIE tierralatina wszystko o strefie latino czego nie chcialoby mi sie samej wyszukiwac a co dopiero pisac dziennik podrozy jest wredny i nie uprawia dlugich podrozy ale i tak mam do niego slabosc vipassana Maly podroznik dla tych co nie wiedza lub nie wierza ze z dziecmi tez mozna podrozowac Kari nie moge sie doczekac az znowu bedzie w Nepalu bartpogoda wiadomo sypiajac-z-gekonami RIP niestety i ciagle nie moge jej tego wybaczyc. ani stracic nadziei... heliopolis jeden z szesciu mezczyzn mojego zycia saheli |