Księga gości

2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń


 
GDZIE JEST I DOKĄD ZMIERZA RUDA: 28.01 - kombinuje jak tu namówić rodzinę na natychmiastowy zjazd z Cancun. zanim jeszcze przyjechali:)


I ja tam byłem, miód i wino piłem…


Jeśli ktoś się wybiera na peruwiańskie wesele to mogę zupełnie za darmochę udzielić mu bezcennej rady:  „Przed wyjściem z domu nażryj się jak świnia”. Co większym głodomorom doradzałabym też zabranie ze sobą tradycyjnego polskiego zestawu typu kanapki z serem i magazynek przeraźliwie woniejących jaj na twardo. Podziękowania i błogosławieństwa za tę radę przyjmuję zaocznie.

Ta bezcenna wiedza wynikająca z wielogodzinnej głodówki, mają swoje źródło w niegdysiejszej pracy na Pirwowej recepcji, kiedy pomagałam Mirian tłumaczyć pewną kartkę od jej narzeczonego z Kanady. Narzeczony ma poczucie humoru z elementami ironii i sarkazmu. Peruwiańczycy, jak wszyscy Latinos, z zasady za ironię i sarkazm obrażają się śmiertelnie. Więc trochę się napracowałam by wytłumaczyć koleżance z pracy, że narzeczony jest git i nie należy go rzucać.

W nagrodę za te wysiłki pół roku później zostałam zaproszona na wesele. W dniu ślubu, bladym świtem, Mirian obudziła mnie rozpaczliwym telefonem, że godzina zaślubin została zmieniona i musimy koniecznie się stawić godzinę wcześniej niż na zaproszeniu. Spędziłam w strefie Latino dość czasu by wiedzieć, że NIGDY i NIGDZIE nie należy przychodzić punktualnie (no chyba, że się umawiam z Enrique, ale jego ojciec jest wojskowym i to chłopaka skrzywiło na całe życie), ale naiwnie założyłam, że ślub to taka bardziej wyjątkowa okazja i może wszystko zacznie się o czasie.

Przez pół godziny siedziałyśmy z Kaśką na schodach pod kościołem, budząc pełne politowania spojrzenia naszymi godnymi wesela strojami, w których wyglądałyśmy cokolwiek idiotycznie w dziennym świetle i pośrodku placu pełnego hipisujących artesanios i bekpakerow. Do tego Chewie dostała tego dnia jakiejś ohydnej infekcji organizmu i wykazywała się żywotnością i rezolutnością zombie, którego IQ jeszcze przed zgonem nie wynosiło więcej niż waga przeciętnie zapasionego kota kastrata.

Po pół godzinie pojawiła się skromna liczebnie ekipa wyelegantowanych gringo, których trafnie wyceniłyśmy na przybyłą z Kanady rodzinę narzeczonego. Po godzinie pojawiło się kilku tubylczych gości. Po półtorej godzinie panna młoda. Po niecałych dwóch godzinach zaczęła się msza. W trakcie mszy powoli spływała reszta gości. Nikt nie wydawał się być ani zdziwiony ani zakłopotany spóźnieniami.

Po mszy, w czasie której ksiądz rozwodził się nad miłością młodych oraz własną, nędzną znajomością angielskiego (która i tak była o kant dupy potłuc bo starsze pokolenie gringos było z Quebeku i po angielsku prawie nie mówiło) byłam już wściekle głodna i nie mogłam się doczekać, kiedy ruszymy na weselisko. Niestety trzeba było oklaskiwać serię pamiątkowych zdjęć i całkiem ładnie przygrywających grajków. Przez jakieś pół godziny, które się dłużyło jak dwie, bo było już w huj zimno jako że w czasie mszy zaszło słońce. Razem ze mną trzęsły się wszystkie Peruwianki w rozgogolonych kreacjach i gołych nogach, godnych nieco większych upałów niż mas o menos +10C. W końcu Sashenka i Maribel wciągnęły nas do taksówki i pojechałyśmy do domu weselnego. Tam czekałyśmy jakieś półtorej godziny na parę młodą, która zgodnie z Cusceńskim zwyczajem objechała wszystkie możliwe atrakcje turystyczne w mieście w celu zrobienia sobie przy nich pamiątkowych fotek. Przez te półtorej godziny przez salę przemknął kelner z tacą pełną mikroskopijnych przekąsek takich na pół małego palca, której każdy gość miał sobie wziąć po jednej. Humory poprawiły nam się dopiero jak roznieśli po szklaneczce Pisco Sour. Co prawda na każdym stole stało wino i rum Jamajka (bosman Nowicki byłby przeszczęśliwy) ale nikt się nie spieszył z ich otwarciem, a ja przyrzekłam sobie, że nie narobię obciachu Mirian, zwłaszcza, że poza maleńką reprezentacją z Kanady byłyśmy jedynymi gringas, więc siłą rzeczy jedną z głównych atrakcji wesela. Z równie wielkim trudem powstrzymałam się przed uszczknięciem z wielkiego tortu w kształcie Ameryki Południowej. A szkoda, bo gdzieś w pierwszej godzinie oczekiwania na parę młodą, z wieży tortu samoistnie zjebały się figurki imitujące nowożeńców, akurat tak nieszczęśliwe by upierdolić kawałek kontynentu.

Kiedy para młoda w końcu zjechała na salony, naiwnie liczyłyśmy, że wreszcie podadzą żarcie. Ponieważ od śniadania nic nie jadłam, więc prawie rzygałam z głodu. Niestety okazało się, że na peruwiańskim weselu zamiast jeść się przemawia. Dżyzusie, przez jakieś 2 czy 3 godziny po kolei wszyscy członkowie rodziny opowiadali jak są szczęśliwi i zaszczyceni, wielu roniło łzy, wszyscy byli wściekle przejęci i przez pierwsze 30 minut całkiem szczerze się uśmiechałam życzliwie i klaskałam. Przez następne 4x30 minut chciało mi się wyć.

Po przemówieniach nadszedł czas na składanie życzeń. Wszyscy goście ustawili się w kolejce do głównego stołu, gdzie stała para młoda wraz całą bliską rodziną, czyli każdy z gości składał życzenia kilkunastu osobom. Gości była jakaś stówka. Tak, dobrze państwo liczą, życzenia trwały zajebiście długo.

Po życzeniach nadszedł czas… Nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na rzucanie bukietu, a raczej jakiegoś zastępczego wiechcia, ponieważ bukiet wybitnej urody Mirian rozsądnie postanowiła zatrzymać. Razem z laskami udawałyśmy przy stole, że nas nie ma, ale panna młoda radośnie nas wywołała po imionach przez mikrofon, więc karnie udałyśmy się do grupki dziewcząt oczekujących na bukiet. To trochę trwało, bo wiecheć był za lekki i Mirian nie udawało się go dorzucić. Za to jak dorzuciła to prosto w moje ciasno założone ramiona, od których szczęśliwie bukiet się odbił i poleciał w bardziej zainteresowane ręce.

Po rzucaniu wiechcia nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Nadszedł czas na występy artystyczne. Występy zostały przyjęte życzliwie, choć dla Cuscenos czyli 95% gości musiała to być nuda ohydna, jako że tańce były lokalne i każdy z gości ćwiczył takie w szkole. Mnie tam się podobało, choć podkreślmy byłam bardzo głodna.

Po występach nadszedł czas… nie, nie na jedzenie. Czas nadszedł na tańce. Wszyscy jak jeden mąż rzucili się na parkiet i wtedy się prawie rozpłakałam uświadamiając sobie, że zaraz umrę z głodu. Tak rozochocony tłum na polskich weselach to widuje się po trzech daniach głównych i co najmniej butelce na głowę. Peruanos są zdecydowanie bardziej ekonomicznymi gośćmi i jedyne osoby, które narzekały na burczenie w żołądkach to Rzynka i ja.

Po tańcach.. szczerze mówiąc to ja chwilowo nie bardzo pamiętam co się stało po tańcach. Może przemawiali, a może znowu były występy. A może to właśnie wtedy wniesiono danie…

Danie bardzo lokalne, na które składała się kawałek wieprzowiny, odrobinka ryżu oraz papka kukurydziana w liściu. Ponieważ od kilkunastu lat mięsiwa nie spożywam więc prawie podcięłam sobie żyły, po czym wyciągnęłam Chewie no 1 za fraki do taksówki (Rzynka je mięcho ale jakoś się w ogóle nie opierała) i grubo po północy zrobiłyśmy sobie na chacie kolację.

I jaki z tego morał? Nie chodź na polskie wesela bo się dorobisz zgagi od przeżarcia.


rudawazji 2010-02-07 18:24:16
skomentuj (1)
Bienvenidos a Cancun, el mas feo lugar en todo el Mundo!


Jak głupim i chciwym trzeba było być by zbudować coś tak obrzydliwego jak Cancun? Jak kompletnym tandeciarzem i bezguściem trzeba być, by się tym betonowym królestwem zachwycać?

Takie retoryczne pytania sobie zadaję od kilku godzin i pewnie będę przez najbliższe dwa tygodnie.

Podejrzewam, że kiedyś to było jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Jak odwrócić głowę od blokowiska to serce zamiera z zachwytu nad miękkością i oślepiającą białością piasku i takim błękitem morza, który widziałam kiedyś na basenie z mega wypasionymi kafelkami i nie sądziłam, że jest możliwy w naturze. 

Plaża jest szeroka i ciągnie się na kilometry. Tylko, że zamiast być obramowaną palmami to na całej długości jest najeżona hotelami. Nie małymi, butikowymi, wystylizowanymi hotelikami, czy uroczymi chatkami z bambusa pokrytymi rustykalną strzechą. Nie. To gigantyczne konglomeraty, betonowe paskudztwa, w każdym po tysiąc pokoi, w co drugim po kilkanaście pięter. Do tego centra handlowe napierdalające głośną muzę i jeszcze głośniejsze pikania maszyn hazardowych. Zona Hotelera w Cancun to najohydniejsze miejsce w jakim byłam.

Centrum Cancun, gdzie jest trochę tańszych hoteli dla białej hołoty jak ja, oraz gdzie jest trochę przestrzeni, mercada i domy lokalesów, da się jeszcze znieść, ale też bez żadnych rewelacji. Za to najdziwniejsze jest to, że w tym koncentracie wszystkiego co najgorsze w turystyce, ludność tubylcza jest zaskakująco przemiła i naturalna. Jasne, że są też tłumy naganiaczy wszelakich, jasne, że śrubuje się ceny dla gringo, ale jak zacząć z nimi gadać to okazują się być przemili, pomocni i  UWAGA – bezinteresowni! Acz może być, że tylko po hiszpańsku. To widać w ich oczach kiedy po kilku słowach orientują się, że na pewno nie jestem ze Stanów. W Peru nikt się specjalnie nie zachwyca tym, że mówisz po hiszpańsku. Tam mówisz po hiszpańsku bo musisz. A tutaj nic nie musisz, w Cancun po angielsku mówi każdy. Tutaj po hiszpańsku mówisz bo chcesz i oni to doceniają. A najzabawniejsze jest to, że Meksykanie rozumieją mnie dużo lepiej niż Peruwiańczycy! I to, hi hi, chyba będzie epitafium podsumowujące starania Młodego bym mówiła po hiszpańsku jak verdadera Peruana…
rudawazji 2010-01-29 05:53:58
skomentuj (1)
Powodzie w okolicach Cusco - POMÓŻCIE!


Czuję się jak szczur co uciekł z tonącego okrętu. Choć zupełnym przypadkiem zbiegły się powodzie w okolicach Cusco z moim rodzinnym spotkaniem w Meksyku. Wszyscy w Limie słysząc, że właśnie przyleciałam z Cusco (całe szczęście, że Tata mi postawił bilet lotniczy nie tylko do Meksyku, ale również do Limy, drogi lądowe od kilku dni są nieprzejezdne) wypytują o najnowsze wieści, ale tak naprawdę to wszystko co wiem pochodzi z gazet przeczytanych już w Limie i z czatowania z Chewie.

Gwoli formalności, bo wiem, że niektórzy się o mnie martwią.

W samym Cusco nic się strasznego nie dzieje. Owszem od 2 tygodni wściekle leje, a od kilku dni w kranach często brakuje wody (logiczne, nie?;), ale generalnie to o wszystkim złym się dowiadywaliśmy jak Wy, z mediów. Dopiero od wczoraj sytuacja w we wsiach w okolicach Cusco tak się pogorszyła, że w samym mieście zrobił się z tego gorący temat, plus atmosfery dodają latające bezustannie helikoptery. Ponieważ media informują o wszystkim na bieżąco, więc nie będę bawiła się w sprawozdawcę z trzeciej ręki.
Tylko chcę wszystkich poinformować, że nie ma co się martwić (jak na razie) o znajomych w samym Cusco. Problemy są w Aguas Calientes, bazie wypadowej na Machu Picchu, tam było uwięzionych 2 500 ludzi, część już ewakuowano. Plus oczywiście inne puebla, w których wielu ludzi straciło domy i cały dobytek. Niektórzy też życie...

Dziś nie padało w Cusco, mam ogromną nadzieję, że ten stan się utrzyma.  Długo.

Proszę każdego czytelnika tego bloga, by jeśli ma taką możliwość wspomógł finansowo ludzi którzy stracili swój dobytek w tej powodzi. Wielu z nich to jedni z najbiedniejszych mieszkańców Peru.
Podejrzewam też, że będą potrzebne gigantyczne pieniądze na odrestaurowanie Machu Picchu i innych zabytków w Świętej Dolinie.


rudawazji 2010-01-28 04:49:12
skomentuj (0)
Co miało być i będzie lub nie będzie


Miałam napisać tyle notek.

O powrocie do Cusco i wpływie niedoboru  tlenu na miłość, której przez chwilę nie było.
O tysiącu powitań. (Ani razu nikt mnie nie zapytał czemu wróciłam tylko ‘ gdzie byłaś tyle czasu?’)
O nowym miejscu do mieszkania i pracowania, o panoszeniu się po innej części Cusco, o przyzwyczajaniu się do nowego marketu, o codziennych wspinaczkach na Lucrepatę i stopniowo rozkwitającej nienawiści do zbyt wąskiej uliczki, zmuszającej do przyklejania się do ściany za każdym razem, gdy przejeżdżała pierdząca prosto w twarz spalinami taksówka tico pasująca bardziej do złomowiska.
O tym jak szybko Cusco leczy rany, tęsknoty, wątpliwości i obawy, które przyklejają się jak gówno do podeszwy podczas pobytów w Europie.
O zwariowanych i zajebistych 35ych urodzinach z niespodziewanymi dwoma tortami, z których jeden podstępnie wylądował mi na twarzy, taka ulubiona peruwiańska tradycja.
O zmianach personalnych i imprezowych na mieście i wśród znajomych. O rozgrywkach, wojnach i bijatykach salsowych.  Temat rzeka.
O najbardziej zdumiewających, wkurwiających i komicznych zagraniach chłopaków Latino w kwestiach damsko męskich. Z co ciekawszymi fragmentami mejli i smsów. Opracowane na podstawie zeznań kilku gringas. Muszę to kiedyś nadrobić, bo to zbyt cenny materiał by go zmarnować.
O Chino, sin comentario i nowym statusie gości honorowych w naszej ulubionej tiendzie.
O absolutnie genialnych Świętach Bożego Narodzenia, na które zaprosili nas nasi ukochani bracia Moses i Cristiano. I o tym, że w Cusco jeszcze znają granicę pomiędzy celebrowaniem Świąt a ogłupiającym konsumpcjonizmem.
O wejściu na kolejny etap w naszej miłości do Cusco, czyli wyprowadzce na własne.
O tym, że zostajemy do khem, khem, maja…
I o tym, że jestem szczęśliwa, cada hora, cada dia.

Ale życie w Cusco jest tak intensywne i zwariowane, że jakoś ciągle brakuje czasu by którąś z tych notek napisać. Więc tymczasem, żeby nie było, że ostatnia notka w tym roku jest z początku listopada, tą listą braków żegnam się z Wami na rok 2009. Życzę Wam byście się bawili w noc sylwestrową równie dobrze, co ja rok temu i tego samego życzę sobie. Co się pewnie spełni, bo przecież znowu spędzam Sylwka w Cusco. I kto by wtedy pomyślał…

Prospero Año Nuevo!!


rudawazji 2009-12-31 01:59:30
skomentuj (3)
la vida es bonita. otra vez.


Kilkanaście godzin w dwóch samolotach i życie jest znowu bez żadnych wątpliwości proste i piękne.

Z Chewie no1 padłyśmy sobie w ramiona w tym samym miejscu, w którym żegnałyśmy się prawie pięć miesięcy temu. Ona wyglądała jak kloszard a ja jak klaun. I wtedy i teraz. Nie ma jak wyjechać z Europy i mieć wywalone na prezencję.

Quique, właściciel naszego ulubionego w Limie, choć wybitnie ofluńskiego hostelu prawie zszedł na zawał na nasz widok i z tej radości od trzech dni nie daje rady naprawić prysznica.

Chodzę półprzytomna od imprezowania i jet lagu, ale czego oczekiwać jeśli chodzę spać o godzinie która jeszcze kilka dni temu była dla mnie 13ą.

Po raz trzeci w Limie, ale dopiero teraz dotarłam na Barranco, bo przecież ta dzielnica jest taaaak daleeeeko od Miraflores;). Barranco wygląda jak miasteczko w Brazylii, absolutnie najładniejsza i najciekawsza część Limy jaką znam. A i tak następnym razem pewnie znowu wylądujemy u Quique.

Pierwszego dnia, z okazji urodzin Katarzyny załapałyśmy się na ceviche przyrządzone przez znajomych instruktorów serfa pośrodku kamienistej plaży. Drugiego dnia poszłyśmy na całość i samodzielnie zrobiłyśmy cały gar i prawie samodzielnie go wszamałyśmy. Było genialne więc zaraz robimy powtórkę z rozrywki. Ciekawe po ilu miesiącach znudziłoby mi się odżywianie codziennie surową rybką w przyprawionym na ostro limonowym soku. Moje myśli i uczucia są sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy salsę, ceviche oraz dylemat, z którym z dwóch zapoznanych w tych dniach amantów chcę się umówić na ostatni w Limie wieczór.

W Timbalero, THE place for salsa in Lima, najpierw przeżyłyśmy ciężkie chwile spławiając namolną kolejkę kolesi, którzy nie wiadomo czy gorzej tańczyli, czy wyglądali czy śmierdzieli, a później dostałyśmy princess treatment, kiedy w końcu skumałyśmy że nasze miejsce jest w części dla Vipów. Nagle wszyscy mężczyźni i dobrze tańczyli i wyglądali i pachnieli. I jeszcze uważali nas za boginie, co doprowadzało do szału niektóre bez porównania lepiej od nas wyglądające lokaleski. Gdyby miały mniej mordercze spojrzenia to może życzliwie bym im doradziła wyjazd do Europy, gdzie to one z kolei miałyby status bogiń, a tak wrednie udawałam, że te hołdy są dla mnie czymś zupełnie normalnym;). W każdym razie lepiej byśmy się szybko stąd zawinęły, zanim nam się do końca w różnych częściach ciała poprzewraca. W Cusco, gdzie czeka już na nas praca w nowym hostelu, próżno szukać mężczyzn tak przystojnych, wysokich i traktujących gringas z taką atencją i szacunkiem. Nawet limeños jak zjadą do stolicy Inków, w większości zmieniają się w natarczywych łowców białych skór, a rozwydrzeni ciągłą dostawą młodych holenderek na wolontariatach konusowaci i brzydcy jak grzech cusceños nadają się tylko i wyłącznie na kumpli i partnerów do tańca. Co w sumie wystarcza;).

rudawazji 2009-11-07 22:14:36
skomentuj (8)
Niezobowiązująca i niepełna lista strat i nieszczęść.


I stało się to czego w najgorszych snach się nie spodziewałam, czyli nie wygrałam w totka. Gwoli formalności, ja w totka nie gram, ale dostałam kupon od Matiego i pomyślałam, że taki szlachetny, przyjacielski gest na pewno będzie odnotowany przez bożka od liczb i gier losowych i coś tam wygram. No ale nie wygrałam, więc wracam do planu A, czyli ruszam na podbój Ameryki Południowej z niespełna czterema tysiami funtów. Jak dostanę zwrot podatku to będzie trochę ponad, ale umówmy się, to wciąż żenująca kwota na mas o menos roczną podróż z elementami typu Antarktyda, Galapagos czy Karaiby z Kubą na czele. No ale przecież plany są po to by je zmieniać, więc na pewno niedługo odechce mi się tych kosztownych atrakcji. No może pomijając Kubę.

Poza tym dzień dzisiejszy jest dniem tragicznym ponieważ w końcu musiałam zaakceptować wielce nieprzyjemny fakt, że moja rodzina jednak nie jest bandą wrednych potworów. No bo przecież tylko wredne potwory mogły komentować moje minimalne nabranie kształtów jakby to było rozrośnięcie do rozmiarów wieloryba, czy nie? ‘Co Kasia, utyłaś w tej Anglii prawda?’ 2-3 kilo, nie więcej, o co im kurna chodzi? Ano pewnie o więcej niż 2-3 kilo, ponieważ po nieopatrznym i zupełnie bezsensownym przymierzeniu niebieskiej sukienki od Magdy, w której kiedyś powodowałam zastój na budowach na ulicach w Buenos Aires, okazało się, że przypominam w niej baleron. Gwoli formalności, ten zastój w pracy był krótkotrwały, akurat na tyle by panom udało się pogwizdać i powydawać z siebie chóralne ochy i achy. Tyle a propos świetlanej przeszłości. By powtórzyć ten efekt będę musiała wymiatać parkiety w Cusco zamiast kolacji przez jakieś pół roku . Życie bywa podłe i niesprawiedliwe.

Listę dzisiejszych niepowodzeń uzupełnia bezskuteczne przeszukiwanie księgarni w poszukiwaniu sensownego podręcznika do nauki portugalskiego w wersji brazylijskiej połączonego z materiałami audio. Nie ma, nigdzie nie ma. Za to znalazłam DWA różne słowniki polsko-indonezyjskie. Jasne, zajebisty kraj, łatwy jak na Azję język, ale naprawdę tylu Polaków zgłębia sekrety bahasa Indonesia, że trzeba im dwóch różnych słowników? A z Brazylejros to nikt nie chce gadać w ich ojczystym języku? (żeby żaden z nieżyczliwych czytelników nie zaczął komentować jaką to jestem idiotką, spiesznie informuję, że portugalski w Portugalii ma częściowo inną gramatykę i słownictwo oraz zupełnie inną wymowę, więc mam dobre powody dla których wzgardzam materiałami do nauki tamtej wersji;) Hitem jednak okazały się być podręczniki do nauki rumuńskiego i bułgarskiego w dziale ‘języki orientalne’. Ten zaszczyt dzieliły wraz z kursami japońskiego, chińskiego i hehe chorwackiego. Z  litości nie powiem w jakiej kilkupiętrowej multimedialnej księgarni warszawskiej to widziałam.

Do tego wszystkiego moja ukochana przyjaciółka leci se w kulki i od tygodnia opóźnia wyjazd z Cusco w celu uzyskania nowej pieczątki w Chile a później odebrania mnie z lotniska. Niniejszym publicznie oświadczam, że jeśli Chewie no1 nie odbierze mnie 3 listopada w Limie to zemsta będzie straszna i okrutna!


rudawazji 2009-10-30 01:48:45
skomentuj (8)
życie jest po to by go używać


Tyle było planów i dylematów. Czy powoli lądem przez Iran, czy też od razu do Nepalu by wyrobić się  na treki? Czy byczyć się na Goa czy na Andamanach? Czy robić kurs nauczycielki jogi w Indiach czy kurs nauczycielki angielskiego w Bangkoku? Czy wgłębiać się w ukochaną Indonezję czy szukać ‘the beach’ na Filipinach?

Rozwiązaniem tych dylematów okazał się być, a jakże, bilet do Limy.

Więc dlaczego jeszcze raz Ameryka Południowa a nie jeszcze raz Azja?

Może bo…

Bo jedna Kaśka wyniosła się z BKK do Londynu, za to druga czeka w Cusco.

Bo mniej lub bardziej chwilowo jestem na etapie gdzie salsa liczy się bardziej niż medytacje.

Bo po raz pierwszy w życiu rozumiem wszystkie teksty Manu Chao (chyba, że popełnił jakieś w innym języku niż angielski, hiszpański, francuski i portugalski) i fajnie by było ten stan nie tylko utrzymać, ale i ulepszyć.

Bo na moim brytyjskim zesłaniu nauczyłam się gotować zajebisty dhal i red curry i najadłam się ich w takich ilościach, że jakoś przeżyję kolejny rok o ryżu ze smażonym jajkiem. I ryżu z fasolką. I ryżu z frytkami. I ryżu z zimną wysmażoną na podeszwę rybką. I ryżu…, ok, wystarczy, bo zaraz zmienię bilet.

Bo mówiłam ‘do zobaczenia za rok, może za dwa’ zupełnie w to nie wierząc, więc aż się prosi by przewrotnie wrócić po kilku miesiącach i sprawdzić czy było za czym tak tęsknić.

A przede wszystkim, bo plany są po to by je zmieniać, a życie by go używać.




rudawazji 2009-10-19 22:02:56
skomentuj (7)
Przejazdem w Trójce


Na dworcu we Wrzeszczu przez kilkanaście minut razem z szybko gromadzącym się tłumkiem cierpliwie czekam aż pani w okienku przy pomocy kilku koleżanek nauczy się obsługiwać kasę a następnie komputer i sprzeda mi bilet na SKMkę na Żabiankę. Sama sobie jestem winna, przecież mogłam pojechać tramwajem.

Równie cierpliwie czekam aż kawalkada samochodów przejedzie obryzgując mnie świeżym błotem, po czym gdy niebezpieczeństwo rozjechania mnie na naleśnik mija, dzielnie wkraczam na zebrę. Jakiś tam surwajwal po Indiach człowiekowi we krwi zostaje i nawet kilka miesięcy pobytu w kraju gdzie kierowcy potrafią z piskiem opon stanąć na widok pieszego, który leniwie zaledwie zbliża się do przejścia (nie jeden raz zdarzyło mi się zatamować ruch w Anglii bo na przykład sobie zmieniałam numery w ajpodzie w okolicach zebry. Albo odczytywałam smsa.), nie pozbawiło mnie instynktu samozachowawczego.

Czekając na wspomnianą SKMkę zabawiam się obserwowaniem towarzyszy niedoli (niedoli bo z zakosa napieprza grad. Dwa wieczory wcześniej bujałam się nocą po Lądku w cienkiej bluzie. Tydzień wcześniej chodziłam w klapkach). Próbuję znaleźć osobę, która miałaby na sobie ciuch w innym kolorze niż: szary, czarny, granatowy lub bury. Po dłuższym czasie znajduję. Jedną, jedyną. Aha, to ja.

Wieczorem podłączam lapa do prądu bez przejścia na trzy bolce, pałaszuję kromkę razowego ze słonecznikiem zagryzając ogórkiem małosolnym i cieszę się, że znowu jestem w Polsce.  Fakt, że na chwilę i fakt, że z tego też się cieszę, ale mimo wszystko.


rudawazji 2009-10-19 22:00:21
skomentuj (0)
dwa pytania za sto punktow


pierwsze: gdzie sie w trojmiescie chodzi na salse (najlepiej w sopocie lub okolicach), zarowno grupowe lekcje na ktore mozna wskoczyc z ulicy i bez partnera, jak i klasyczne potancowki
drugie: szukam dobrego tatuatora, ktory nie zedrze ze mnei kompletnie skory. tez w trojmiescie

rudaruda@op.pl, z gory dzieki za wszelkie rady

PS ja tu juz prawie koncze moja podlondynska orke, i moze nawet z tej okazji powstawiam jakies notki, ale nic nie obiecuje bo ciagle wychodze z ciezkiego szoku po niektorych komentarzach do notki o pracy;)



rudawazji 2009-09-30 23:01:29
skomentuj (4)
ogloszenia drobne


Uprzejmie zawiadamia się, że po prawicy została dokonana istotna zmiana;). Jej treść znajduje się pod tytułem „Pajączku to specjalnie dla Ciebie”.
:)
rudawazji 2009-08-25 00:06:54
skomentuj (3)
 
Felwakacje czyli drugim głosem
zdjęcia

Ogłoszenia drobne
PRZEWODNIK PO BLOGU RUDAWAZJI równie chaotyczny co sam blog
Pajączku to specjalnie dla Ciebie! czyli cos tu wreszcie jest;)

odwiedzam
palce lizac przepisy na najlepsze nalewki swiata. i na zarcie jak komus sie chce gotowac
Hannah to przez nia kilka lat temu na Goa wydalam majatek na dwie kiecki
Wago saudade
Cichy
NAJLEPSZY SALON MASAZU W WARSZAWIE
tierralatina wszystko o strefie latino czego nie chcialoby mi sie samej wyszukiwac a co dopiero pisac
dziennik podrozy jest wredny i nie uprawia dlugich podrozy ale i tak mam do niego slabosc
vipassana
Maly podroznik dla tych co nie wiedza lub nie wierza ze z dziecmi tez mozna podrozowac
Kari nie moge sie doczekac az znowu bedzie w Nepalu
bartpogoda wiadomo
sypiajac-z-gekonami RIP niestety i ciagle nie moge jej tego wybaczyc. ani stracic nadziei...
heliopolis jeden z szesciu mezczyzn mojego zycia
saheli